Wpuszczać czy nie wpuszczać do naszego stylu elementy, które nam nie pasują, ale które lubimy? Oto jest pytanie. Oto jest zagadnienie, które interesuje mnie praktycznie od zawsze. Oto jest zagwozdka z którą każda z nas musi się zmierzyć samodzielnie. I wreszcie: oto jest problem, na który nie ma jednego dobrego rozwiązania. Okazuje się, że nawet w obrębie jednego umysłu i wielu takich elementów stylu, odpowiedzi mogą być diametralnie różne. Wniknijmy zatem w mój umysł i zobaczmy jak to się wszystko kształtuje i rozkłada – gdzie idę na kompromisy, gdzie ulegam swoim zachwytom, a gdzie odpuszczam w imię „nie pasuje mi to”.

Gdybym za każdym razem, gdy dostaję pytanie Czy można nosić kolory, które lubimy, a które nam nie pasują? wkładała monetę do wielkiego słoika, miałabym wielki słoik pełen monet :) Najłatwiej odnieść to zagadnienie właśnie do kolorów, ale często też mówimy o krojach, jakichś konkretnych kosmetykach, czasami o wzorach, fakturach, czasami nawet o ciężarze danej rzeczy, wszystkich tych cechach, niuansach ubraniowo-obuwniczo-biżuteryjno-kosmetycznych, o których wiemy, że coś jest nie tak, coś nas odrzuca, coś nie do końca gra, gdy patrzymy w lustro… Ale jednak ta dana cecha strasznie kusi, strasznie w teorii pasuje, strasznie współgra z charakterem, jest wymarzona…

Kiedyś zwykłam pisać, że gdybym lubiła jakiś kolor, kochała go wręcz, to żadna siła by mnie z tym kolorem nie mogła rozdzielić. Ale to nie jest takie proste. Prawda jest taka, że nie byłam nigdy w sytuacji, w której jakiś kolor śnił mi się po nocach i miałam tak wielkie na niego parcie, że musiałam sobie natychmiast coś w tym kolorze kupić. Po pierwsze lubię te kolory, które do mnie pasują. A po drugie, kolory nie wywołują u mnie aż tak skrajnych uczuć. W sensie chwytają mnie za serce, ale nie mam zupełnie potrzeby, by przenosić je bezpośrednio na swoje ciało. Mogę się delektować danym, ukochanym kolorem na jakiejś rzeczy w naturze, w domu, nawet na ekranie komputera. Co więcej porównałabym swój stosunek do kochania kolorów, do stosunku do kwiatów. Wiem, że często jak ktoś widzi piękny kwiat na łące czy w ogrodzie, to pierwszym impulsem jest „zerwać go i wziąć do domu”. Nie pamiętam siebie takiej. Nie chcę powiedzieć, że nigdy tak nie miałam, ale po prostu nie pamiętam. Zawsze wystarczało mi popatrzeć i chyba wlałby się we mnie jakiś smutek, gdybym miała ten kwiat zerwać. W tym sensie, dystans do kolorów mam naprawdę duży i gdy mi kolor nie pasuje, ale go lubię, nie wprowadzam go do szafy. Jest dużo pięknych brązowych, beżowych, oliwkowych ubrań, ale czuję, że one nijak by do mnie pasowały. Moje lubienie tych kolorów nie jest na tyle silne, by mogło mi zrekompensować widok bladego lica w odbiciu lustrzanym…

A z kolorami jest też jeszcze jedna kwestia do rozważenia. Czy nie uważacie, że zawsze można tu użyć słowa klucza? Mam na myśli magiczne ZAMIAST. Co takiego dałby mi beż, brąz, oliwka? Jaka jest podstawa tego uwielbienia? Dlaczego Mario te kolory zdecydowałaś się wymienić jako przykładowe? Pomyślmy: są neutralne, eleganckie i  pasują do większości innych kolorów, są również cały czas w trendzie, dzielnie się trzymają jako wiodące neutrale, uzupełniające jesienne szafy. Dotarcie do źródła swojego lubienia może być o tyle pomocne, że łatwiej będzie znaleźć zamienny kolor, który w moim przypadku będzie neutralny, elegancki i pasujący do większości innych kolorów. I dokładnie wszystkie te rzeczy, ale z pożytkiem dla mojej twarzy załatwiają mi szarości i to one mogą być moim ZAMIAST.

Nie mogę Ci powiedzieć, co masz zrobić kiedy kochasz pomarańczowy, ale nie chcesz go nosić, bo wyglądasz w nim słabo. Ale mogę spytać, dlaczego lubisz pomarańczowy, co on Ci daje i poszukać czegoś, co spełnia te kryteria, poszukać Twojego zamiast. Może kochasz jego ekspresywność, wtedy szukałabym zamiennika w fuksjach. Może kochasz jego świeżość, więc czemu nie spojrzeć na niektóre zielenie? Może podoba Ci się łączenie go z jakimś konkretnym kolorem, więc czemu nie poszukać innych, równie efektownych par kolorów…

Podzielmy zatem elementy stylu na dwie grupy. Przy każdej z nich napiszę swoje własne przykłady.

W pierwszej grupie znajdą się elementy które lubimy, ale w których nam niekorzystnie, a mimo to korzystamy z nich i wprowadzamy je do stylu. W drugiej grupie znajdą się elementy które lubimy, ale w których nam niekorzystnie i dlatego nie wprowadzamy ich do stylu.

To mogą być poważne rzeczy, ale to mogą być również malutkie szczególiki. Spójrzcie na moją wymieniankę.

źle wyglądam, ale wprowadzam do stylu, bo lubię

  • błyszczące usta, błyszczyki, balsamy, niematowe konsystencje [wyglądam lepiej w matowych ustach, jestem wtedy taka silniejsza wizerunkowo, ale ostatnio przekonuję się też do błysku]
  • oversize [nie jest to optimum dla mojej figury, ale ja lubię za duże marynarki, ogromne męskie swetry i bluzy, luźne sukienki worki]
  • ubrania o lejącej strukturze [jedwabna koszula lub bluzka wciągnięta do spodni nie wygląda na mnie tak fajnie jak koszula z grubszej bawełny i fajnie zaprasowana, ale czasem mam ochotę na taki bardziej spływający po ciele materiał]
  • zabudowane loafersy [moje nogi wyglądają o wiele lepiej w takich butach, niż takich, ale ja już myślę o kolejnych zabudowanych loafersach, tym razem czarnych]

lubię, ale źle wyglądam i nie wprowadzam do stylu

  • jasne cienie do powiek [moje cienie do powiek zaczynają się od średniego brązu i może być tylko ciemniej, w białych, jasnoróżowych, beżowych etc. wyglądam trupio, nawet z mocną kreską]
  • dużo biżuterii [bardzo podobają mi się cienkie łańcuszki, kolczyki, pierścionki – wszystko razem w jednej stylówce i choć wiele razy próbowałam tego na sobie, za każdym razem czułam się obco i zdejmowałam]
  • wzory [lubię szczególnie liście, ale dałam sobie już z tym spokój, bo czułam, że coś odbierają urodzie, za każdym razem jak je zakładałam]
  • brązy, oliwki [na kimś spoko, przy mojej twarzy wyolbrzymiają każdą kolorystyczną nierówność, przebarwienie, plamkę, otarcie]
  • ekstrawaganckie skarpetki [w teorii podobają mi się skarpetki wyróżniające się na tle stroju, u siebie zawsze miałam poczucie, że to kompletnie do mnie nie pasuje]
  • włosy uczesane do góry [nawet nie chodzi o to, że wyglądam niekorzystnie, czuję się w messy bunach i wysokich kitkach tandetnie, na innych kobietach mi się te fryzury zazwyczaj podobają]

Chyba jasno tu widać, że zawsze toczy się walka między lubię, a źle wyglądam i w zależności od tego, które z nich jest silniejsze, wprowadzam daną rzecz do stylu lub pauzuję. I to też nie jest lista na zasadzie: no ale noś kolorowe skarpetki, co ci szkodzi, masz jedno życie. No tak, ale to zupełnie nie o to chodzi. Czasem po prostu widzisz coś na kimś, a gdy masz to sama, to czujesz że coś jest nie tak. Że już w praktyce czegoś się nie czuje tak, jak w teorii :) Mowa tu o dobrym samopoczuciu, o chęciach, a nie zmuszaniu się do czegoś. Nie jesteśmy dziećmi – w dorosłym świecie LUBIĘ, nie jest tożsame z MUSZĘ TO MIEĆ. Oczywiście większość marek odzieżowych życzyłaby sobie takiego stanu rzeczy, ale my bądźmy ponad to i kontrolujmy impulsy.

Dodam tylko, że są pewne elementy, które „rosną w moich oczach”, a lista jest płynna. Jest taka jedna rzecz, która stoi między tymi dwiema grupami i której chyba dam szansę. Mam na myśli bieliźniane topy. Podobały mi się od jakiegoś czasu, ale nie widziałam ich na sobie. Teraz mam jednak pomysły na połączenie Maria i bieliźniany top :)

Każda z nas ma takie niuanse, wychwytuje je u siebie i choć one mogą być niezauważalne dla innych, to są one dla nas istotne. Co u Ciebie jest na tyle lubiane i jednocześnie niekorzystne, że decydujesz się to mieć, stosować, nosić? A co jest na tyle niekorzystne, choć lubiane, że z tego rezygnujesz?